Danuta Wójcik
Trzydzieści lat spędzonych w jednym miejscu to kawał czasu, a wydarzyło się w SP7 z moim udziałem bardzo wiele. Pierwsze lata przebiegały w atmosferze bardzo kameralnej. Pracowała nas garsteczka (dziewięcioro nauczycieli, dyrektor i administracja), ale to była grupa zapaleńców, pracowitych i kreatywnych ludzi. Pozwolono nam na projektowanie regałów szkolnych z dodatkowymi stolikami do pracy oraz na wybór koloru ławek. Same szyłyśmy firanki i zasłony, zdobiłyśmy sale lekcyjne i korytarze. Ilość godzin spędzonych przy pracy na rzecz szkoły nie stanowiła problemu. Wyrastały nam skrzydła, w lot powstawały pomysły i ich realizacja. Działałyśmy według zasady: „dobra szkoła to taka, w której wszyscy są szczęśliwi” – i dzieci, i nauczyciele, i rodzice. I tak było!
Ale wróćmy do początków. Ćwierć wieku temu wybudowano szkołę o pięknej bryle architektonicznej. Mówiono, że na wzór szkół holenderskich. Z nieskrywaną ciekawością zerkałam na postępy na budowie, ale nawet nie śniłam o tym, by tu pracować. Aż tu pewnego dnia pan dyrektor Piotr Bogusz zaprosił mnie do współpracy. Na pierwszego września niemalże wszystko było gotowe. Przede wszystkim błyszczało nowością. Natychmiast znalazło się mnóstwo chętnych dzieci, by się tu uczyć. Powstawało miejsce szczęśliwego dzieciństwa (nawet proponowałam takie imię szkole). Odnosiłam wrażenie, że tamci uczniowie, a szczególnie ci, którzy przenieśli się z innych szkół, czuli się wyróżnieni, szanowali wszystko, co otrzymali, byli pełni werwy do nauki i zabawy. Sala nr 4 służyła nam za salę gimnastyczną, a pokój nauczycielski mieścił się w salkach językowych. Kolorowe meble, szafeczki dla każdego ucznia, wiele czasu poświęconego dziecku i mnóstwo zabawy – to wyróżniało „Siódemkę”. Ciągle się tu coś działo. Nauka była na równi z zabawą.
Chociaż wokół szkoły był krajobraz księżycowy, nikomu to nie przeszkadzało. Dopiero po wielu latach teren uprzątnięto i ogrodzono. Szkoła to nie tylko budynek, ale przede wszystkim ludzie. Każdy chciał zwiedzić placówkę, spojrzeć choćby na chwilę na ludzi, którzy tworzą tę wspólnotę. Przez nasze korytarze i sale przemierzały władze państwowe – wojewodowie, burmistrzowie, wójtowie oraz goście zagraniczni: Japończycy, Turcy, Holendrzy.
Wiele lat czytano tu dzieciom. Na start czytały gwiazdy telewizji. Wystarczył telefon do menedżera i do naszej szkoły zawitali: Beata Kozidrak, Krzysztof Cugowski (prasa pisała wówczas, że odmówił spotkania z Michałem Wiśniewskim, ale nie odmówił dzieciom ze Świdnika), Marcin Wójcik z kabaretu Ani Mru Mru czy mistrzowie sportu, np. zawodniczki Montexu. Hasła „Nie ma spania bez czytania” oraz „Siódemka czyta” stały się naszą wizytówką. Był to jedyny program w Polsce, w ramach którego przez 7 lat czytaliśmy uczniom w każdy poniedziałek przez 15 minut wybraną przez nich książkę. Być może to właśnie wtedy wypracowano metodę na bardzo wysokie wyniki w nauce – 8 stanin od wielu lat dla szóstoklasistów, a teraz świetne osiągnięcia ósmoklasistów.
Zabawa i praca to także oddziały Montessori. To był strzał w dziesiątkę i same korzyści. Absolwenci okazali się przedsiębiorczy i zaradni w życiu. Od piętnastu lat Montessori jest wizytówką szkoły, a nawet miasta. Korzystają wszyscy: uczniowie i nauczyciele. Uczymy się od dzieci, z nimi i od nich. Dzieci uczą się nie dla szkoły, lecz dla życia. Szkoła to ludzie, ich praca i serce oddane dla niej.
Archiwalny wywiad z panią Danusią Wójcik
Sylwetka: mgr pedagogiki w zakresie nauczania początkowego, absolwentka Podyplomowego Studium Pedagogiki Marii Montessori na UMCS w Lublinie, wieloletni nauczyciel kształcenia zintegrowanego, obecnie nauczyciel oddziału Montessori. Członek Zarządu Lubelskiego Stowarzyszenia Montessori. Odznaczona Medalem Komisji Edukacji Narodowej, wielokrotnie nagradzana nagrodami Burmistrza Miasta Świdnik oraz Dyrektora Szkoły.
Koordynator wojewódzki kampanii „Cała Polska czyta dzieciom” w Świdniku, zdobywczyni dwóch medali, statuetki i „Super statuetki” za najlepiej przeprowadzoną kampanię Ogólnopolski Tydzień Czytania Dzieciom oraz Wyróżnienia Specjalnego dla Najaktywniejszego Koordynatora Wojewódzkiego. Uhonorowana odznaczeniem „Zasłużony dla Kultury Polskiej” przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Ambasador „Mądrego Wychowania” oraz mentor Nauczycielskiej Akademii Internetowej.
1. Jak długo pracuje Pani w oddziałach Montessori? Czy kiedykolwiek uczyła Pani w klasach tradycyjnych? W swojej wieloletniej, bo 32-letniej praktyce nauczyciela, pracowałam 20 lat metodą tradycyjną i 12 lat w Montessori. Zawsze kierowałam się dobrem dziecka, ale jeśli mam porównać te dwa systemy, wybieram zdecydowanie metodę Marii Montessori. Obecne priorytety w nauczaniu to indywidualne podejście do ucznia, odkrywanie i wzmacnianie uzdolnień oraz uczenie się przez doświadczenie. To wszystko znajduje się w pedagogice Montessori. Oznacza to wychodzenie naprzeciw predyspozycjom, zdolnościom i trudnościom każdego ucznia z osobna.
Z roku na rok odkrywam w tej metodzie coś fascynującego. Ostatnio obserwuję dzieci podczas „lekcji ciszy” – krótkich ćwiczeń opartych na wykonywaniu czynności bez słów. Dochodzę do wniosku, że dzieci lubią ciszę. Oferują wówczas większą kreatywność, pełne refleksji wypowiedzi, są lepiej skoncentrowane i zmotywowane. Niestety współczesne czasy fundują dzieciom pośpiech i powierzchowne kontakty, co powoduje stres. Dzieci potrzebują zwykłej uwagi dorosłych, kontaktu wzrokowego i wsparcia.
2. Jakie są różnice między systemem tradycyjnym a montessoriańskim? W systemie tradycyjnym dominuje tablica, podręcznik i karty ćwiczeń. W Montessori na pierwszy rzut oka widać dywaniki, a na nich różnorodne drewniane pomoce dydaktyczne z edukacji matematycznej, językowej czy kosmicznej (przyrodniczej). Kolejny wyróżnik to grupa zróżnicowana wiekowo (dzieci 6-, 7-, 8- i 9-letnie), co sprzyja uczeniu się od siebie nawzajem. Jeśli maluch chce pracować z tabliczką mnożenia starszego kolegi – nic nie stoi na przeszkodzie.
Maria Montessori pisała: „Dziecko jest twórcą samego siebie”. Uczniowie sami wybierają pomoc i miejsce pracy, co uczy odpowiedzialności. Dzieci lubią się uczyć, ale nie lubią być „nauczane”. W myśl zasady „Pomóż mi zrobić to samemu”, daję dziecku czas. Uczeń o zbudowanym poczuciu własnej wartości nie boi się wysiłku. Dziecko, które poprzez samodzielne eksperymenty coś osiągnęło, posiada zupełnie inną, trwalszą wiedzę.
3. Jaka jest rola nauczyciela w tej metodzie? Nauczyciel w Montessori to doradca, mentor i czujny obserwator. Musi umieć rozpoznać styl uczenia się każdego dziecka. Powinien wspierać, żartować i pobudzać do działania. Uczeń ma nauczycielowi zaufać i go polubić. Ja nie „uczę” w tradycyjnym sensie, ale podążam za dzieckiem, pracując z każdym indywidualnie.
4. Czy wszyscy uczniowie nadają się do tego systemu? Metoda jest efektywna wobec wszystkich dzieci, zwłaszcza gdy wprowadza się ją od najmłodszych lat. Symbolem montessoriańskim jest ślimak – stąpa twardo po ziemi (zna swoją wartość), podąża do wiedzy swoim tempem i zna swoje granice. Trudno byłoby odnaleźć się tu jedynie osobom, które nie potrafią uszanować zasad ciszy, czystości i pracy innych.
5. Z jakimi trudnościami najczęściej styka się nauczyciel i uczeń? Jedynym ogranicznikiem jest czas. Dzieciom go brakuje – pod koniec zajęć często pytają: „To już?”. Mnie również go brakuje. Przychodzę do szkoły godzinę przed zajęciami, wychodzę godzinę po nich. Często w domu „produkuję” pomoce dydaktyczne, które są bardzo czasochłonne.
6. Jak układa się Pani współpraca z rodzicami? Rodzice są niezastąpionym ogniwem. Jeśli zasady w domu różnią się od tych w szkole, praca jest żmudna. Moi rodzice są jednak wspaniali – malowali salę, szyli firanki, kupują pomoce, a nawet sami je wykonują. Organizują spotkania z ciekawymi ludźmi i jeżdżą z nami na Zielone Szkoły. Widać, jak bardzo zależy im na rozwoju dzieci.
7. Jak radzą sobie absolwenci Montessori na drugim etapie kształcenia (tradycyjnym)? Nauczyciele klas starszych lubią mieć te dzieci w klasie, bo można na nie liczyć. Są kreatywne i obowiązkowe. Świetnie radzą sobie na sprawdzianach, są w czołówce testów, wygrywają konkursy. Moi pierwsi absolwenci w tym roku piszą maturę i już gratuluję im wyboru świetnych uczelni. Radzą sobie w życiu jak mało kto.
8. Skąd Pani czerpie inspiracje do pracy? Praca jest moją pasją. Akumulatory ładuję na łonie natury, pracując fizycznie w sadzie i ogrodzie. Dużo czytam, jeżdżę na rowerze i wciąż rozmyślam nad nowymi strategiami dla uczniów. Lubię ich pozytywnie zaskakiwać. O wypaleniu zawodowym nie ma mowy – każdy dzień to wyzwanie.
9. Jakiej rady udzieliłaby Pani nauczycielowi zaczynającemu przygodę z Montessori? Początki są trudne. Ja swój pierwszy oddział zakładałam, spędzając całe wakacje w szkole. Ważne, by trafić na mentora, który chce się dzielić wiedzą. Dwa lata temu dołączyła do mnie Beata Piotrowicz – stworzyłyśmy udany tandem. Ja przekazuję jej doświadczenie, a od niej uczę się nowoczesnej technologii i świeżego spojrzenia.
10. Czy istnieje wymiana doświadczeń między nauczycielami tej metody? Tak, stale wymieniam się doświadczeniami z nauczycielami z SP nr 27 w Lublinie oraz świdnickich przedszkoli. Uczestniczę w wyjazdach szkoleniowych do Holandii i Bawarii, szkolę się w Nauczycielskiej Akademii Internetowej, prowadzę warsztaty dla rodziców i studentów.
11. Czego by Pani sobie życzyła z okazji Dnia Nauczyciela? Życzyłabym sobie, aby moim uczniom dobrze wiodło się w życiu i aby ciepło mnie wspominali. Motto: „Dobrego nauczyciela pamięta się całe życie” jest dla mnie najważniejsze.
12. Co uważa Pani za swój największy sukces? Sukcesem jest to, że w ogóle trafiłam do szkolnictwa – pierwotnie trenowałam pływanie i marzyłam o AWF. Los (i mama) pokierował mnie na pedagogikę. Sukcesem jest stworzenie programu „Bank nagród i kar”, koordynowanie kampanii „Cała Polska czyta dzieciom” i zaproszenie do szkoły takich gwiazd jak Beata Kozidrak czy Krzysztof Cugowski. Sukcesem jest też to, że dziś do Świdnika przyjeżdżają dyrektorzy i wójtowie z całej Polski, by podglądać naszą pracę. Zapał wciąż jest, mam nadzieję, że sił starczy do emerytury!
Małgorzata Kozłowska
Teatr to mądra i pożyteczna zabawa.
Dobrze pamiętam nasze pierwsze przedstawienie prezentowane w Szkole Podstawowej nr 7 pt. „Ananasy z naszej klasy”, które przygotowaliśmy w październiku 1995 r. na otwarcie nowej wówczas szkoły. Była to sztuka o uczniach i ich typowych zachowaniach na lekcji, pokazująca w zabawny sposób ich niektóre wady: skarżenie, kłamstwo, spóźnialstwo czy lenistwo. Dziecięca widownia świetnie bawiła się na tym przedstawieniu, mimo że mieliśmy poważne problemy techniczne – w pewnym momencie odcięto nam prąd. Mali aktorzy zachowali jednak zimną krew i profesjonalnie zaśpiewali piosenkę bez podkładu muzycznego.
Spektakl „Ananasy z naszej klasy” zaprezentowaliśmy także na Powiatowym Przeglądzie Amatorskich Zespołów Teatralnych, gdzie zdobyliśmy puchar za najlepsze przedstawienie przeglądu. (1996r.) Kolejny sukces przyniósł nam spektakl „O nieszczęśliwej księżniczce Marzence”, który uzyskał uznanie jurorów i widzów, zdobywając Puchar Lubelskiego Kuratora Oświaty podczas Turnieju Poezji i Teatrzyków Dziecięcych w Lublinie.(2000r.)
Był to efekt sumiennej pracy całego zespołu teatralnego „Różowe Panterki”, w skład którego wchodziły uczennice z klas czwartych i piątych. Główną rolę brawurowo odegrała Ania Bielak, która wcieliła się w postać księżniczki, natomiast rolę króla świetnie wykreowała Sylwia Hajkowska. Ten sam zespół zdobył także I miejsce w Turnieju Pociesznych Błazenad za sztukę „Dzieci z Bullerbyn” oraz wyróżnienie za ciekawe pomysły inscenizacyjne i scenograficzne w spektaklu „Królewna Śnieżka i krasnoludki”.
Kolejnym hitem okazał się „Smok podwawelski” – sztuka, która podbiła serca uczniów naszej szkoły. Prezentowaliśmy ją z okazji Dnia Dziecka w naszej hali sportowej. Miałam obawy, czy tak duża dziecięca widownia zdoła w skupieniu obejrzeć spektakl, ale po wejściu aktorów na scenę zapadła cisza, przerywana jedynie wybuchami śmiechu i gromkimi brawami na zakończenie. Przedstawienie to, pełne humoru, zyskało także uznanie Rady Konsultantów podczas Przeglądu Spektakli Profilaktycznych „Żyć pełnią”, która uznała je za najlepsze na tym przeglądzie.(2005r.)
W przedstawieniach „Królewna Śnieżka i krasnoludki” oraz „Na skrzydłach sławy” młodzi aktorzy używali nowoczesnych rekwizytów, takich jak: hulajnoga, telefon komórkowy, deskorolka czy telewizor, co bardzo ożywiło każdą scenę. Do tej pory pamiętam Czarownicę jeżdżącą po scenie na hulajnodze i używającą wyjątkowo głośnego klaksonu, ku ogromnej uciesze widzów.
Warto dodać, że scenariusz do spektaklu „Na skrzydłach sławy” napisały same uczennice z klasy szóstej, wprowadzając wiele współczesnych wątków i ukazując postacie ze znanych baśni w krzywym zwierciadle. Śnieżka okazała się tam leniwa, nieczuła i uzależniona od seriali, a jej głównym celem było zdobycie sławy za wszelką cenę.
Nasze przedstawienia były zawsze pełne humoru i bawiły dziecięcą widownię w wielu szkołach, przedszkolach oraz ośrodkach kultury. Bywały jednak i momenty wzruszenia. Z łezką w oku wspominam etiudę teatralną „W ogrodzie” w wykonaniu zespołu „Ładne kwiatki”. Młodzi artyści, używając jedynie ruchu, gestu i odpowiednio dobranej muzyki, opowiedzieli historię, która autentycznie poruszyła widzów.
Szkolny teatr wychodzi naprzeciw potrzebom ekspresji twórczej dziecka, pomaga mu w poznawaniu siebie i rozwija zainteresowania. Tutaj swoje miejsce znajdują wszystkie dzieci, które pragną ukierunkowanej aktywności ruchowej, słownej, muzycznej i plastycznej.
Inspiracją do prowadzenia przeze mnie (od 1995 roku) pozalekcyjnych zajęć teatralnych w Szkole Podstawowej nr 7 były zainteresowania teatralne dzieci oraz chęć popularyzowania literatury dziecięcej. Zaangażowanie uczniów, ich radość z faktu „bycia w roli”, wyrażana przez nie potrzeba zabawy oraz możliwość przebierania się, skłaniały mnie do poszukiwania coraz ciekawszego, wartościowego repertuaru. Swoje umiejętności doskonaliłam jako instruktor na warsztatach teatralnych organizowanych przez MCP w Świdniku.
Uczestnicy zespołu teatralnego to prawdziwi pasjonaci, których interesuje cały proces twórczy. Przed każdą realizacją trwają dyskusje nad wyborem sztuki (czasem uczniowie sami piszą scenariusze), interpretacją tekstu, wyglądem dekoracji oraz doborem muzyki. Praca z zespołem pozwala lepiej poznać wychowanków, ich potrzeby i możliwości. Uczy wzajemnej współpracy, samodyscypliny i koncentracji. Dzieci, wdrażane do samodzielności, potrafią same zaprojektować dekoracje, zorganizować widownię, opracować choreografię czy dobrać oprawę dźwiękową. Uczą się także pełnić ważne funkcje techniczne, jak rola inspicjenta czy oświetleniowca. Przed występami przygotowują profesjonalne plakaty i afisze, na których widnieją nazwiska młodych aktorów, reżysera, scenografa, kostiumologa czy akustyka.
Inscenizacje przygotowane w szkolnych warunkach, ale zaprezentowane na dużej scenie ośrodka kultury, nabierają znamion prawdziwej sztuki. Światła i profesjonalna oprawa akustyczna czynią z amatorskiego przedstawienia spektakl mocno oddziałujący na widzów.
Przez ostatnie niespełna 30 lat przygotowałam z zespołami wiele ciekawych przedstawień. Do najciekawszych należały:
-
„Ananasy z naszej klasy”,
-
„O nieszczęśliwej księżniczce Marzence”,
-
„Malutka czarownica”, „Smerfy”,
-
„Królewna Śnieżka i krasnoludki”,
-
„Smok podwawelski”,
-
„W ogrodzie”, „Rejs po skarb”,
-
„Bezludna wyspa”, „Ogród elfów”,
-
„Potwór i skrzaty”,
-
„Na skrzydłach sławy”,
-
„Marzenia żabki”,
-
„Gabrysia-Kaprysia” i inne.
Spektakle te prezentowane były na licznych przeglądach: Powiatowym Przeglądzie Amatorskich Zespołów Teatralnych, Turnieju Poezji i Teatrzyków Dziecięcych w Lublinie, Przeglądzie „Żyć pełnią”, „Scenie Młodych” oraz Kiermaszu Teatralnym w Lublinie. W szkole okazją do występów był m.in. Dzień Teatru, Dzień Dziecka czy uroczystości zakończenia roku.
Opinie o naszych widowiskach:
Zespół teatralny „Różowe Panterki” często przygotowywał widowiska w technice żywego planu. Oto co pisali nauczyciele w ankietach:
„Jestem pełna uznania dla pracy osób przygotowujących ten spektakl”.„Uczniowie-aktorzy świetnie bawią się w grupie, zauważa się ich spontaniczność i samodzielność”.„Dzięki udziałowi w przedstawieniu dzieci mają okazję wyrażać swoje emocje i integrować się z innymi”.„Wspaniałe! Podobało mi się, jak prostymi środkami można wyrazić siebie”.„Nie musimy zamawiać spektakli z innych teatrów. Mamy własny na wysokim poziomie”.
A młodzi widzowie piszą:
„Widowisko bardzo mi się podobało. Baśń ta nauczyła nas, żeby pomagać innym”. „Przedstawienie uczy nas, żeby być dobrym dla innych, bo wtedy zyskuje się przyjaźń”. „Najbardziej podobała mi się Malutka Czarownica, ponieważ była dobra dla innych”. „To przedstawienie nauczyło nas przyjaźni, pozytywnego nastawienia do świata i tego, że jeżeli nie chcemy czegoś robić, to nie musimy, o ile jest to rzecz zła”.
Podobnej ocenie młodych i dorosłych widzów poddany został teatr ruchu „Bezludna wyspa”, przygotowany przez zespół teatralny „Klan urwisów”. Odbiorcy docenili dobór tematu i muzyki, piękno oraz estetykę ruchu, a także ogromne zaangażowanie aktorów i ciekawy układ sceniczny. Ten rodzaj teatru (teatr ruchu) silnie wpływa na wyobraźnię, emocje i myślenie widzów. Okazuje się, że jest on niezwykle czytelny w odbiorze – widzowie doskonale potrafią odczytać przekazywane bez słów treści.
Po latach doświadczeń okazuje się, że prawdziwy teatr jest wszędzie tam, gdzie są wrażliwe dzieci, gotowe i zdolne bawić oraz wzruszać innych.
Moja przygoda z „Siódemką” trwała do czerwca 2024 roku, kiedy to zakończyłam pracę zawodową i przeszłam na zasłużoną emeryturę. Choć zamknął się pewien etap, szkoła na zawsze pozostała w moim sercu. Nadal chętnie odwiedzam progi naszej placówki, by spotkać się z koleżankami i kolegami z grona pedagogicznego. Często wracam wspomnieniami do wszystkich tych miłych chwil, które tu spędziłam – do twórczego zapału wychowanków świetlicy oraz uczestników zajęć teatralnych, podczas których tworzyliśmy zabawne i wartościowe przedstawienia. Z ogromną przyjemnością uczestniczę w wybranych uroczystościach szkolnych, obserwując, jak „Siódemka” rośnie i zmienia się z każdym rokiem. Patrząc na dzisiejszą szkołę, myślę z dumą o całych pokoleniach absolwentów, którzy właśnie tutaj stawiali swoje pierwsze kroki, a potem poszli w świat, niosąc w sobie wartości, które wspólnie w nich zaszczepialiśmy.








